13.08.2010
21:29
To nie jest takie proste.
Na niebie rój Perseidów. Łódzkie nawiedza Maryja Panna. Byłam w podróży, ale dotąd nie znalazłam dość siły by o tym napisać. Wróciłam, przeprowadzka, zakurzone kartony z hasłem - dzwonisz i masz!, trochę popłakuję, trochę składam się w rulonik, potem rozwijam jak rododendron, uciekam do przeszłości, a potem pędzę kometą w X - przyszłość. Dziś, gdy na ziemie spadają meteoryty pierwszy raz siedzę w nowej pracowni i obserwuję płomień świecy. Czekała tyle lat na ten wieczór i te łzy... Niech pomyślę, dostałam ją od mojej siostry 4? 5? lat temu. A podstawka? Skąd się wzięła podstawka? Ach tak, kupiła ją kobieta, która gdzieś w tle, gdzieś z tyłu kadru ... Zadziwające są te historie przedmiotów. Te nici jakimi anioły zszywają ludzi.
Jak się tak życie na nowo zaczyna, człowiek ma tendencję by postanawiać, że to i że tamto i że już nigdy i że odtąd... Ale czy w ogóle można cokolwiek planować? Przychodzi, porywa, ani się człowiek nie obejrzy, znów zostaje więźniem czegoś kolejnego. Nie chcę być już więźniem, zatem wracam do Echarta Tolla, wczytuję się w jego mądre słowa.
Ciągle wiele rzeczy mam nie pozałatwianych. Moja płyta czeka na sprzyjające wiatry. Stoi na mieliźnie i ani o milimetr ruszyć się nie da. Mam nadzieję, że na jesieni, w końcu będę mogła się nią podzielić. Bo wciąż jestem o nią pytana, wciąż tłumaczę, że to nie jest takie proste. Tak chyba nazwę moją pierwszą powieść - "To nie jest takie proste." W międzyczasie pojawiły się nowe melodie - tylko jakimi słowami je dziś zapełnić?
Mam nadzieję. I zastanawiam się jak sprawić by zdarzenia miały miejsce - gdy tak niewiele ode mnie zależy? Zapytałam kiedyś o to wróżkę na internetowym forum. Odpowiedziała, że mam podjąć batalię o uwolnienie się od przymusów i niegodziwości i zadbać o to, by nie popaść w nowe uzależnienia. To obecnie zaprząta moją głowę - Jak tą batalię wygrać? Przecież wszystko jest w nas. W samym środku. Trzeba to tylko zobaczyć.
Ale to nie jest takie proste...
25.05.2010
00:02
Kręgle, rabarbar i dalmatyńczyki
W weekend zrobiłam kilka rzeczy po raz pierwszy. Głównie dlatego, że w ogóle postanowiłam przechodzić takie małe prywatne inicjacje raz na tydzień. W ubiegłą niedzielę były limeryki, a teraz: 1. Zagrałam w kręgle. Co ciekawe, osiągnęłam całkiem niezły wynik: na dziewięciu graczy - byłam druga i tadam! przegoniłam Alka Rogozińskiego! Przyczynił się do tego zapewne mój zahartowany regularnym treningiem z dwukilowymi ciężarkami biceps prawy. Pamiętam, w liceum dobrze mi szedł wyrzut piłki lekarskiej, zawsze leciała imponująco daleko. Co do samej techniki, po prostu naśladowałam to, co robili bohaterowie filmu "Big Lebowski". 2. Po raz pierwszy ( bo podglądanie z kołyski się nie liczy) oglądnęłam parę odcinków serialu "Pogoda dla bogaczy" - bardzo wciągnęła mnie pełna pasji historia Jordachów. 3. Przygotowałam rabarbarowy mus do lodów korzystając z przepisu Nigelli. (Kto by pomyślał, że rabarbar jest tak dobry?) 4.Co najważniejsze niczym Liza Minneli w kultowym "Kabarecie" wykrzyczałam zalegającą na dnie serca złość. W tym celu udałam się jednak nie pod wiadukt na Górczewskiej, ale na pole buraczane w Powsinie. W ogóle dałam sobie prawo do żalu. Wcześniej żal raczej tłumiłam, uważajac go za przypadłość z gatunku wstydliwych. Coś w rodzaju (posłużę się łacińską nazwą, by utrzymać wysoki poziom mego wywodu) 'Gonorrhoe'i ( Polecam wikipedię, ja używam namiętnie).
A tak w ogóle, oglądając migawki w TV, osuwające się w przepaść domy w Lanckoronie, starych ludzi ratujących dalmatyńczyki, zrozumiałam co miała na myśli moja siostra postulując relatywizowanie własnych problemów...
16.05.2010
21:33
Owieczka
Minął kolejny tydzień. A ja mam nieodparte wrażenie, że to czas przełomu. Jestem taka spokojna, choć za oknem ulewa i ciemności. Tego akurat nie widać na zdjęciu, jako że zdjęcie było zrobione kilka tygodni wcześniej w Nowej Soli. Cóż to za paskudztwo - zapytacie - obejmuje mój tatuś. To owieczka. Dekoracja jednej z piosenek z płyty. Jest to, można by rzec, piosenka autobiograficzna. Opowieść o tym, że choć "z oczu można czytać wprawnie jak z otwartej księgi", "ja, jak owieczka Dolly z tego nic nie pojmę, raz za razem, razy spadną na mój grzbiet ugięty hojne." Ładna i bliska memu sercu rzecz. Pamiętam, jak nagrywaliśmy pierwszą wersję tego numeru dwa lata temu w studiu w Piasecznie, realizator dźwięku Marcin Gajko nijak nie mógł zrozumieć frazy "głupia, głupia aż po krew". Koniec końców, nie ujęłam tej myśli w wersji albumowej, ale wciąż sądzę, że trafna to była uwaga. Krew jak dusza.
Fajnie było w tym tygodniu. Pracowało się wspaniale, najpierw w poniedziałek podczas sesji zdjęciowej, potem we wtorek na planie klipu. Ja to mam szczęście...
Bardzo polubiłam Facebooka, polecam wszystkim. Jeśli chcecie mnie spotkać, to właśnie tam. Dziś napisałam swój pierwszy limeryk, a inspiracja wzięła się z facebooka właśnie. Bardzo jestem dumna z siebie.:-) Piotrowi Hullowi, fryzjerowi, który czesał mnie do sesji, też ułożyłam mały podarunek poetycki:
Piotr - fryzjer z Wilczej zawinął
Patrycję loków lawiną
i szła jak anioł
patrzyli za nią
jak za Torbicką Grażyną.
Ponieważ o szczęściu pisałam, kończę cytatem z Osho. Lubię gościa:
"Aby zostać oświeconym (...) trzeba serca wypełnionego ekstazą - nie chodzi tutaj o jakąś tam ekstazę absolutem, o jakąś tam rajską ekstazę, ale o ekstazę tym, co jest akurat tutaj i teraz - o ekstazę tej właśnie chwili. Żyjesz faktami. Nie ma tutaj miejsca na nic innego, na żadną przeszłość, na żadną przyszłość. Ta chwila przenika cię całkowicie - tak intensywnie, tak namiętnie, że nie ma w tobie miejsca na nic innego. To właśnie jest zgodna z naturą postawa wobec egzystencji".
03.05.2010
21:02
Syndrom studenta
Kupiłam czasopismo „Coaching” - impulsem było okładkowe hasło „Poczuj moc!”. Moc mi pilnie potrzebna, mam niedobory. Co za tydzień, ach… Patrzę za okno, a tu, na pierwszym planie, zasłona rozpaczliwie dynda na dwóch żabkach i błaga o litość – biedna, smętna zasłona. Wciąż jej powtarzam, że za chwilę się nią zajmę. Chwila zaś trwa i trwa… Jaki to ma związek ze wspomnianym czasopismem i zdjęciem obok? Otóż, znów wypełniałam PIT 37 wraz z ostatnim dzwonkiem – dokładnie w czwartkową noc. Choć obiecałam sobie, że tym razem będzie inaczej – że z odpowiednim wyprzedzeniem za sprawę się wezmę. Po prostu poczuję moc, po obywatelsku i w akcie solidarności ( z paniami z okienek i zakurzonych pokoików) pięknie wszystko wypełnię i wyślę już w styczniu. Niestety, jakby mi ktoś zaciągnął hamulec ręczny, no, normalnie jakaś niemoc. I oto „Coaching” przyszedł mi z pomocą. Powołał się on na tezy, które w sposób naukowy uporządkowały mój świat. Syndrom studenta – czyli co masz zrobić dziś, zrób najwcześniej pojutrze to powszechne zjawisko polegające na odwlekaniu zajęć mało pociągających na rzecz tych, co blask życiu nadają. Rzecz jasna, wieszanie zasłony, do zajęć pociągających nie należy, chyba, że bawimy się akurat w strażaka i pokojówkę.
23.04.2010
01:07
Zajmij się mną wreszcie!
Jestem samotny, ciągle siedzisz przed komputerem. Klepiesz w te klawisze i klepiesz. A pogłaskać po brzuszku nie łaska? A porzucać kapciem, żebym mógł poaportować ja Pan Bóg przykazał?
Trochę za szybko żyję i trochę za dużo spraw mam na głowie. Moja uwaga dzieli się na takie tycie ułamki, że właściwie powinnam sama sobie nadać medal. Wiem - nie ja jedna tak mam. Dziś na przykład od rana chodzi mi po głowie wielki znak zapytania, wielka enigma, niewypełniona słowami materia dźwięków. Nie ma zmiłuj – muszę się zabrać za tekst dla Iwony. A trzeba Wam wiedzieć, że będzie to zadanie arcytrudne, bowiem melodia zobowiązuje i wymaga warsztatowego pietyzmu. Chcę się w to wgłębić, a tu – reżyser mojego klipu Michał Majczak (cudowna osoba) potrzebuje porozmawiać o storyboardzie, przyszedł mail z redakcji Superlinii, trzeba rzucić okiem, moi fani zapytują – wypadałoby odpowiedzieć, miły dziennikarz uprzejmie przypomina, że wciąż oczekuje na wywiad, który miałam odesłać. Facebook, to osobny rozdział - kłania się mój imposybilizm w zakresie edytowania profili, wciskania odpowiednich klawiszy, przeciągania myszką (imposybilizm i debilizm się rymują). Zaraz , zaraz, muszę jeszcze usiąść do pianina i ułożyć akordy do melodii, którą Iwona nagrała w studio 2 tygodnie temu, aa i te scenariusze wiszą nade mną + strategiczne decyzje wciąż nie podjęte. Kiedy ja mam się zastanowić nad sensem życia na przykład? Do tego wszystkiego, nie mogę zjeść ciasteczka, sesja zdjęciowa tuż, tuż i dobrze by było wmieścić się w kadr.
Mój piesek cierpliwie leży obok, wypatruje czegoś na polach rozciągających się za oknem i całkiem wyraźnie wzdycha. Ciekawe czy zgłębia sens życia w zastępstwie?
21.04.2010
19:45
Szlak
Jest szlak. Jest dobrze.
Chwilę mnie nie było i wyglądało to pewnie tak, jakby na ekranie telewizora pojawił się obraz kontrolny, jakby zawiesili transmisję i poszli na piwo. Jednak, z ręką na sercu - nie byłam na piwie. Usilnie szukałam rozwiązań małego kryzysu, który stał się moim udziałem. Nie będę pisać na czym kryzys polegał, bo został rozwiązany. Zresztą możecie sobie wyobrazić jak to jest, gdy się chce wydać płytę, którą odlano z niestandartowej matrycy.Szczególnie, gdy się ją chce wydać w Polsce. Po raz n-ty dotarło do mnie, że moja droga musi być pionierska, w przeciwnym razie nici z wielkich planów.
No więc jest szlak. Księżyc w znaku raka, środa, całkiem udany dzień, czas na jakieś postanowienia.
Zatem postanawiam: mój blog będę aktualizować z przyzwoitą regularnością. (Chciałam zacząć już w ubiegłym tygodniu, ale wiadomo ubiegły tydzień zobowiązywał do zachowania monotematycznej powagi i trzeba było przeczekać.)
Chodzi tu o ćwiczenie woli - jak mi się z tym uda, to mi się uda ze wszystkim. Zatem, można powiedzieć, robię to dla siebie.
Ponadto: programuję się na sukces skromny. Nie na ruszanie świata z posad. WYTRWAŁOŚĆ JEST KLUCZEM. (Napisałam to drukowanymi, by kolejny raz nie przeoczyć tej ważnej lekcji - odebrałam ją setki razy, a wciąż mam dwóję. Z wykrzyknikiem.)
Prawda jest taka, że nie mam pieniędzy, nie mam układów, nie jestem taranem.
Za to mam pasję twórczą, kipię jak mleko, potrafię pozyskać ludzi, pragnę pracować w grupie i dzielić się owocami sukcesu, umiem się podnieść po porażce, jeśli otrzymam wsparcie. Mogę się nawet samo wesprzeć, choć przecież życie nigdy nie pozostawiło mnie samej sobie – dlaczego więc mu nie zaufać?
Prawda jest taka, że chcę, potrafię, wzniosę się
Za dwa tygodnie mamy sesję zdjęciową, która ozdobi okładki ( tak, tak, okładki, nie okładkę) nowej płyty. Będziemy też kręcić klip. Wokół mnie pojawili się świetni ludzie i pomagają mi wyjść na prostą. Czuję, że sprawy idą do przodu. Iwona, o której wspomniałam w ostatnim wpisie, czeka na moje piosenki, jedna powstała i jest całkiem, całkiem. Tak sobie myślę, że przebój z tego może być.:-) Pojawił się też ciekawy projekt Całkiem Nowej Familiady - będę jeszcze do tego wracać, bo to całkiem nowa jakość i w ogóle coś, co zasługuje na dłuższy elaborat. Taka wielopokoleniowa, wielopiętrowa wcale nie wirtualna gra, którą mam za zadanie wraz z Pawłem Betleyem oprawić muzycznie.
Wrócę tu jutro, bo przecież wytrwałość jest kluczem.
12.01.2010
21:18
2010
Czas się kurczy. Bez dwóch zdań. Jak to możliwe że od ostatniego wpisu minęło pół roku? Jak to możliwe, że zapomniałam o moim blogu?
Perła - mój kamień. Na Nowy Rok.
Cóż, 2009 był trudny. Skreślałam przeszłość, uczyłam się nie kotwiczyć, lecz przepływać.( Z miernym powodzeniem.) Przyglądałam się sobie. (Czasem aż nie poznawałam siebie.) Ale po kolei.
Skończyłam pracę nad płytą. A w każdym razie nad tą jej częścią, którą nazywam "Życie jak świeczka na torcie." Będzie też jakaś "Candle on the cake" - choć to zapewne potrwa chwilę. Nie żebym planowała karierę w rozmiarze XXL, ale zawsze warto wyjść poza PL i objawić EU prawdziwie słowiańską duszę.
Płyta napawa mnie dumą, choć bywa, że słuchając jej, wylewam kubki łez. Całe spektrum barw udało nam się uchwycić w piosenkach. Teraz przymiarki i perturbacje organizacyjne.
Udało nam się zamknąć temat "Pokonaj siebie", który wlókł się nieznośnie i był jak kamień w bucie. Może znów coś dla Iwonki napiszę? Dziś dzwoniła, pomyślałam - czemu nie? W głowie tyle melodii.
Od lutego moje felietony znajdą drukowaną przystań. Redakcja Superlinii zaprosiła mnie do współpracy, powstaje seria tekstów fabularyzowanych, które zatytułowałam "Dzidka i ja." Jak się tego trochę nazbiera, może stanę się nie tylko publicystką, ale i autorką książki? Kto wie? Felietony byłyby dobrym początkiem, bo już od jakiegoś czasu krąży mi po głowie powieść. Romans pornograficzny konkretnie. (Tak, tak.). Cóż, gdy podsumowywałam mój najnowszy album ( dla potrzeb jego promocji) - gdy poszukiwałam motta, okazało się, że właściwie można by je ująć w jeden, mało zapewne oryginalny ciąg słów: świat schodzi na psy, na szczęście (alleluja) stwórca wspaniałomyślnie pozostawił nam bzykanko. Felietony to świetna odskocznia. Dyscyplinują, zmuszają do wysiłku i uważności - jak tylko coś mi przychodzi do głowy - a okazji wiele, bo życie dostarcza takim raczkom jak ja bodźców ekstremalnych - zaraz to notuję, by potem włożyć w usta moich bohaterek. A bohaterki? Moje alter ega. Świetnie się bawię pisząc te teksty i naprawdę inspiruje mnie to do stworzenia dłuższej opowieści. Muszę się tylko przymusić do regularnej pracy - to wydaje mi się największym wyzwaniem, nie brak pomysłów, czy przeżyć, ale dekoncentrujące lenistwo.Trzeba wstać co świt niczym George Bernard Shaw i pisać do wieczora. ( Ok, do południa, w końcu chcę być pisarką na 1/2 etatu.)
Mam przeczucie, że to będzie dobry rok. Owocny, może nawet spektakularny. Życzę wszystkim codziennych błogostanów.
03.07.2009
16:15
Melancholia
Za oknem zakwitły słoneczniki. Fenderek bardzo boi się burz, które prawie codziennie rozcinają niebo na pół. Ja - nieszczególnie. Ostatnio jestem dość odważna.
Siedzę w studiu. Albo w pracowni. Dużo śpiewam, ( tu muszę zrobić małe apropos, oglądnęłam filmik Plejady.pl o kulisach polskiego szołbizesu i nie mogłam się nadziwić, że wokaliści wypowiadjący się kwieciście o życiu współczesnego idola, zupełnie pominęli konieczność codziennych wielogodzinnych ćwiczeń, było tam wszystko: imprezy, studio, koncerty,wybieranie ciuchów, pindżenie przed lustrem etc. a o istocie rzeczy ani słowa... o co kaman??) Pracuję nad tekstami - zostały dwa ostatnie. Poprawiam nową stronę, za parę dni zawiśnie na serwerze ku uciesze Drogich Słuchaczy.
Nie wszystko poszło tak jak planowałam. Opóźnienia, zdumienia, różowe okulary spadły z nosa i roztrzaskały się o ziemię. Jednak prognozy dla dziewiątek są dobre. Tryiumfować należy uczciwie. Wracam raz po raz na stronę e-numerologia, to mój nałóg czy mój dług? Sama nie wiem. Myślałam co by tu napisać, ale to co przychodziło do głowy nad ranem (ostatnio źle sypiam), wieczorem było już mocno nieaktualne. Jestem niewolnicą emocji, a podobno ( tu znów odwołanie do e-numerologii) ten rok trzeba poświęcić na ukręcenie im łba. Z drugiej strony, wypadki ostatnich dwóch miesięcy były jak gejzer: kotłowało się, buchało i z tej kotłowaniny powstawały piosenki. Radość rzadko bywa inspirująca. Nie - radość prowadzi do ciekawych konstatacji: "Za górnolotnym słowem. Niczym za parawanem.
Stał nagi, nagi król. I jego cały dwór. Czy to znasz? Ty nie znasz, nie rozumiesz. I znikasz w gęstym tłumie.
Okej, inaczej więc: Lojalność, za nią pięć wykrzykników. Słyszysz mnie?" Itd, itd.
Ostatnio prowadziłam ciekawą dyskusję na temat agresji i melancholii, a to przy okazji słynnych melancholików z Coldplaya, których album ponownie zamieszkał w samochodowym odtwarzaczu na parę dni. Z grubsza rzecz ujmując, dwa stany przejawiają się spod dźwięków rockandrolla: bądź jest to walka, pełen złości bunt przeciwko światu, bądź niechętna zgoda na to co jest, wyrażająca się w nieokreślonej tęsknocie. U mnie zdecydowanie wygrywa tęsknota. I melancholia.
Jestem melancholijną, rockandrollową dziewczyną...
04.05.2009
14:36
Zdumiewające
Nie odzywałam się długo i tym samym odpadłam z grona zaawansowanych blogerów. Tytuł zobowiązuje, ja tymczasem mało skrupulatnie spełniam obowiązek regularnego zamieszczania w sieci nowych wpisów i trochę mi głupio z tego powodu. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że pracuję uczciwe, bez zbijania bąków i czasu nie starcza. Cieszę się jak dziecko ( z wyjątkiem tych nielicznych momentów, w których jestem zdruzgotana widmem nadciagającego bankructwa
Z tego wszystkiego zapomniałam jak się pisze...
Proszę wszystkich zwiedzających chcących pisać do mnie, by pisali na adres patrycja@patrycja.pl - mail moblogowy odwiedzam rzadko, stąd brak odpowiedzi, wybaczcie.
06.01.2009
16:01
Ostatnia kropka Wszystkiego dobrego!
Jak można uczcić postawienie ostatniej kropki w przydługiej magisterskiej dysertacji?
Otóż można zjeść piękny kawałek tiramisu, po czym przebiec piętnaście kilometrów po ośnieżonych ścieżkach Lasu Kabackiego.
Zamarzły mi rzęsy, ale jestem bardzo szczęśliwa, a nawet poważnie rozważam udział w jakowymś maratonie. Muszę przyznać, że do biegania zainspirował mnie mój sąsiad Andrzej Nejman, który mianowicie w noworoczne popołudnie wyznaczył mi łatwą ( choć wówczas wydawało mi się, arcytrudną) trasę po naszych nadwiślańskich wertepach. Dodam, że istotnym, żeby nie powiedzieć kluczowym argumentem przemawiającycm za nową aktywnością, było wyznanie dotyczące boskiego kształtu pośladków, jakie sobie drogi sąsiad biegając ową trasą wyhodował . Nie zdradzam tu zresztą żadnej tajemnicy - oto niebawem na ekrany kin wchodzi film, w którym prócz niewątpliwych talentów aktorskich, pojawią się i pośladki. Będzie można zatem skonfrontować. Najpierw, pomyślałam sobie, ach, co tam, przecież nie jestem aktorką, na co mi boskie pośladki? Jednak zaraz zmieniłam zdanie, gdy przyjrzałam się uważnie kreacjom sylwestrowym koleżanek po fachu. Wygląda na to, że szołbiznes wyznacza coraz to nowe standardy i niestrudzenie podnosi poprzeczkę. Ale czy ja temu potrafię sprostać?
Wracając do dysertacji, grudzień był okropny. Spędziłam go wśród książek, niezliczonych problemów i żeby tego było mało, w niemiłym towarzystwie bakterii Haemophilus influenzae. Nie pamiętam kiedy ostatnio chorowałam aż tak długo. Choć było też parę dobrych chwil: dekorowanie pierników, książka "Jedz, módl się i kochaj", playstation3, doskonały pasztet z soczewicy przygotowany przez ortodoksyjnego mięsożercę, vibroskop 2009, leniwa beztroska w domu rodzinnym, Niewolnica Isaura po śląsku " to je proste jak świński ogon, fater". Noworoczne postanowienia - bieganie, 4 kilo mniej przed wyjazdem do Stanów ( a to już bardzo wkrótce), wydanie płyty. Hart ducha i siła woli. Dziękuję za życzenia i przesyłam vice wersa :-)
PS. Jeśli chodzi o kryzys gazowy - wpis niejakiego Stanleya Kovalskiego z inernetowego forum: "Mnie ten problem nie dotyczy, jestem zaopatrzony, kupiłem sobie kilkaset zapalniczek i nic mnie nie rusza... "
Zawsze powtarzam, że grunt to nie tracić poczucia humoru.
Tagi użytkownika






























RSS
Mariusz
03.09.2010 13:38